Będę Cię inspirowała
do spakowania plecaka i podróżowania.
To jeden z moich głównych celów.
Poważna sprawa, ale jaka przyjemna!
Nie wierzysz?
Podpowiem co w życiu warto, po prostu.
...czyli co, gdzie, jak, dlaczego?
w różnych aspektach!
Po co to?
Podzielę się moimi sposobami na tanie podróżowanie!
Porady, wnioski z własnych doświdczeń
i duuużo wiary, że jest to możliwe.
Zaciekawiony?
I wreszcie, jest to miejsce na upust moich myśli!
Subiektywne spostrzeżenia, koncepcje, refleksje.
Kulturalnie, czasem też kontrowersyjnie.
Reflektujesz?

środa, 21 września 2016

Ohrid – macedońskie must see


       Zwykle nie jestem zbyt wylewna na blogu w kwestii europejskich miast. Mam na myśli to, że nie opisuję ich zbyt dokładnie i mało jakie miasto polecam, a wynika to po prostu z tego, że zdecydowanie bardziej zachwyca mnie piękno przyrody i wszelkie obiekty z naturą związane. Powód jest prosty. Wybudowaniem miasta zajmuje się człowiek, a natura najczęściej tworzy się bez jego udziału. I to jest niesamowicie pociągające. Musicie wiedzieć, że macie do czynienia z fanką wąwozów, kanionów i wodospadów, która jeśli już piszę o terenie zabudowanym w samych superlatywach to znaczy, że miasto to jest po prostu czadowe!

       Pierwszy raz zdarzyło mi się załatwić nocleg, łapiąc właścicieli hotelu na stopa. Jadąc więc z Parku Mavrovo do Ohrid ustalam szczegóły błyskawicznej rezerwacji. Pokój może nie tonie w luksusach, jednak mamy coś jakby taras, czyli po prostu wchodzimy po drabinie na dach sąsiadów. Z kranu leci tylko zimna woda, w łazience zadomowił się ogromny futrzasty pająk, a w lodówce zamiast światła świeci pleść. Miejsce było na tyle ciekawe, że postanowiliśmy zostać tu kolejną dobę. I bardzo dobrze, bo ostatecznie w jednej z szuflad znalazłam cały plik znaczków pocztowych. Niewiele zastanawiając się postanowiłam pierwszy raz wysłać mamie kartkę z wakacji, chwaląc się że przez tydzień wydałam 100zł. Jakże miła niespodzianka spotkała mnie w piątkowy poranek, dwa tygodnie po powrocie, gdy znalazłam w skrzynce pocztówkę, którą sama wysłałam.

Z drugiej strony jest jeszcze z pięć przyklejonych znaczków. A co!

U stóp gór Galiczica

       Ochryda (polska wersja brzmi jakoś dziwnie..) leży nad jeziorem Ochrydzkim i oba te miejsca znajdują się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO! Jak już mówiłam, nie bez powodu polecam tu przyjechać :)
       Spodobała mi się legenda tłumacząca znaczenie nazwy. Otóż, w momencie gdy Słowianie dotarli do dzisiejszego Ohrid byli tak zachwyceni jego pięknem, że jedyne co zdołali z siebie wyksztusić to „Oh, rid!”, czyli nic innego jak „oh, wzgórze!”. Miasto to zostało jednak całkowicie zniszczone w wyniku trzęsienia ziemi, odbudowane, podbijane, aż ostatecznie stało się ważnym miejscem kulturowym, w którym prawdopodobnie została stworzona cyrylica. Aktualnie w Ochrydzie odbywają się liczne festiwale, ściśle związane z kultura i sztuką, czyli festiwal folkloru bałkańskiego czy festiwal bałkańskiej muzyki ludowej.

       Jeżeli chcecie zobaczyć słynną Cerkiew św. Jana Teologa w Kaneo należy czym prędzej udać się w stronę murów prowadzących do starego miasta. Oczywiście idąc pod górę. Po wydostaniu się z pierwszej plątaniny wąskich uliczek trafiamy na ruiny starożytnego teatru, który został zbudowany w 200 roku p.n.e! Aż mnie ciarki przeszły na myśl, że dawno dawno temu odbywały się tu walki gladiatorów oraz publiczne egzekucje.


       Uwielbiam takie miasteczka. Mijamy piękne, kolorowe domki z jednakową dachówką, udomowione kociaki, stare klimatyczne samochody. Ścieżki prowadzą w każdą stronę, zgubić można się tutaj nie tylko z łatwością, ale i z przyjemnością. Jest tylko jedna zasada: idziesz gdzie Cię nogi poniosą, skręcasz gdzie w danej chwili zapragniesz skręcić. A jeśli zapragniesz iść cały czas prosto to istnieje duże prawdopodobieństwo, że trafisz pod cerkiew św. Jana Teologa. Punkt obowiązkowy. Widok ze wzgórza na jezioro i góry przyćmiewa jednak chęć wejścia do środka ciemnej i chłodnej cerkwi, gdzie dodatkowo za wstęp trzeba wybulić kawał pieniądza. Przeganiam więc kilka jaszczurek i siadam na murku, nogi dyndają swobodnie nad przepaścią, wiatr bierze w beznamiętne objęcia kosmyki moich włosów, a kropka na wodzie sugeruje mi, że ktoś przy pełnym blasku słońca łowi ryby. Dla takich chwil warto podróżować, warto wdrapać się na wzgórze, zmarznąć kilka nocy w namiocie i jeść tak, by 100zł wystarczyło na tydzień. Warto zaufać tym wszystkim ludziom, którzy przygarniają cię z drogi i prowadzą po nieznanym terenie, jednym słowem – warto wstać z kanapy.


Mała podpowiedź! Obejdź sobie dokładnie teren wokół cerkwi, a jak znajdziesz schody prowadzące na dół to śmiało daj się im skusić. Dotrzesz do wybrzeża, gdzie jest przystań oraz liczne restauracje z muzyką. Fajne i odprężające miejsce, polecam. Polecam całe Ohrid!

Mało brakowało a spakowałabym go w plecak i przywiozła do Polski... niestety, okazał się być już czyjś. 

piątek, 9 września 2016

Skopje – Kanion Matka – Park Narodowy Mavrovo. Warto?


Do Macedonii przez Prisztinę

       Kosowo jest tak niewielkie, że przejeżdżając je wzdłuż, złapaną na stopa ciężarówką można udać się w godzinną drzemkę. I tak pewnie by się stało, jednak nasz kierowca właśnie w Prisztinie miał załadunek, więc zamiast zrestartować siły zasypiając przy zakurzonej szybie, oglądałam niezbyt schludną stolicę Kosowa. Czułam się przytłoczona tym miastem, budynki nie trzymały się kupy, a największą popularnością cieszyły się wszelkie odcienie szarości. Banery reklamowe wypełniały powierzchnie każdego budynku, w dodatku mieszkańcy przemieszczali się jakby w popłochu. Może to tylko wrażenie, nie wykluczam, że miasto to gdzieś w głębi swojej betonowej dżungli dysponuje urokiem osobistym. [A z racji, że to mój blog to pragnę okazać światu moje emocje i wrażenia, dlatego wybaczcie moi mili za dotkliwe słowa, taka rola blogera :)]


       Umówiliśmy się z kierowcą ciężarówki, że po kontroli paszportowej na granicy zabierze nas w dalszą drogę, prosto do Skopje, stolicy Macedonii. Tak trafiłam do kolejnej bałkańskiej metropolii, jednak o wiele przyjemniejszej. Co zapamiętałam? Pomniki i fontanny w niezliczonych ilościach! To trzeba przyznać, mają rozmach! Pierwsze wrażenie niestety znów niezbyt ciekawe. Jednak już następnego dnia obudził się  we mnie promyczek empatii to tego miasta, zaczęłam dostrzegać potencjał, chęć rozbudowy i rozwoju. Coś podobnego ludzie podobno odczuwają przyjeżdżając do Łodzi. Na pierwszy rzut oka proste, trochę zaniedbane miasto przemysłowe, jednak z czasem jesteśmy w stanie z Łodzią się polubić.


Kanion Matka – Matka Natura

       Lubię takie poranki. Budzę się, wyglądam przez okno, nie wiem gdzie jestem. Przez pięć minut patrzę się głęboko w oczy osiedlowego kota, próbując odnaleźć w nich duszę. Zrezygnowana zakładam wczorajsze ciuchy, zaczesuję włosy w koka i doskonale zdaję sobie sprawę, że wyglądam byle jak. Jem śniadanie przy stole z obcymi ludźmi, zmywam naczynia w obcym zlewie. Żegnam się z ratującą mnie (przed spaniem pod mostem) dziewczyną z CS, której prawdopodobnie już więcej nie będzie mi dane spotkać. Zakładam buty i wiem, że pójdę w nich dalej niż do sklepu po pieczywo. Pójdę w nich na wylotówkę.

       Czas opuścić teren zabudowany. Stęskniłam się za szumem wody, leśnymi ścieżkami i brzęczeniem komarów nad uchem (wszystko jest prawie-prawdą). 16km od Skopje znajduje się Kanion Matka. Serio, jeśli jesteście w pobliżu to nie odpuszczajcie tej atrakcji, chyba że chcecie mieć wyrzuty sumienia przez resztę swojego podróżniczego zapędu! Mimo, że zbiornik wody jest sztuczny, bo powstał przez wybudowaną zaporę na rzece, to nie przeszkadza to w nazywaniu tego miejsca Macedońskim Rajem. Aby dostatecznie się nachodzić, a nie nadźwigać zapytałam pierwszą lepszą kobietę sprzedającą pamiątki czy mogę zostawić u niej w kanciapie plecak. Zgodziła się bez problemu.
       Kanion można zwiedzić na kilka sposobów, jednak doświadczenie mam tylko w jednym – na piechotę. Podobno szlaków jest kilka, ale o tym też mi nic nie wiadomo. Po prostu, pierw wspinamy się po asfaltowej drodze koło zapory, mijamy cerkiew, restauracje i tadam! Wstęp do cudownej przyrody jest bezpłatny. Szlak jest szalony, ale w granicach rozsądku, barierki i wszelkie zabezpieczenia występują sporadycznie, a czasem bywa wąsko, oj nawet bardzo wąsko... Nie do końca wiem kiedy kończy się szlak, z czasem po prostu zaczyna się busz i oddalamy się od rzeki. Podobno dalej zapuszczają się już tylko nieliczni śmiałkowie. A teraz uwaga, strzelam! Myślę, że lądowa, ta podstawowa trasa ma około 3 km, ale mogę się mylić, jestem tylko kobietą z naprawdę kiepską orientacją w terenie.
Innym sposobem na zwiedzanie jest wypożyczenie łódeczki lub kajaku i popływanie sobie po kanionie. Nie korzystałam z tej opcji, jednak ruch na wodzie był tak intensywny jak i na lądzie, więc chyba się opłaca. Ja po prostu nadal wierzę, że kajak w ciągu paru minut wywróci mi się do góry dnem i utonę, a łódka rozbije się o ostre skały i znów utonę. Tak czy siak, polecam.


Ciekawostka na dziś: w Macedonii idzie dość łatwo zauważyć popularność jaszczurek w faunie. Nie żadne obślizgłe robaki czy brzydkie pająki tylko piękne jaszczury! Co chwilę jakieś uciekały z chodnika na mój widok, a ja biegałam za nimi z aparatem.

Na noc kierujemy się do Parku Narodowego, bo przecież tam jest dużo trawy, znajdzie się dobre miejsce na namiot, będzie fajnie.


Atakują mój namiot! Nigdy więcej nie zasnę w Parku Narodowym.


…Może nie do końca atakują. Teraz jak to wspominam to w sumie nie wiem czemu tak rozpaczałam, w końcu przeżyłam noc na cygańskich osadach w Rumunii, także ten.

       Gwiazdy dawały teatralny popis, dawno nie widziałam tak naszpikowanego w jaskrawe kropki nieba. Podniosłam głowę do góry, tylko na chwilę. Tylko na dwadzieścia minut. Miejsce na namiot nie było tak oczywiste jak sądziłam, teren płaski praktycznie nie istniał. No dobra, lekki spadek przecież nie może być tak odczuwalny w śpiworze. W efekcie końcowym całą noc zjeżdżałam w dół, jak na zjeżdżalni. Pod namiotem zawsze śpię na czuja, czyli niby śpię, ale jednocześnie ciągle nasłuchuję, a czasem nawet otworzę oko, gdy jakiś dziki pies zacznie wąchać mój dom. Jednak tej nocy od razu zerwałam się na równe nogi (na tyle ile umożliwia to namiot). Coś/ktoś biegł dokładnie na namiot. Dźwięk narastał i przeszywał mnie do samej kości, charakterystyczny szelest trawy, stanowczość w każdym kroku, trzeszczenie pod stopami/łapami. Agresja. Determinacja. Jakby zaraz miało uderzyć wprost we mnie. I mnie zjeść. Byłam przekonana, że był to jakiś zły człowiek, a przed oczami stanęły mi wszystkie najstraszniejsze sceny z horrorów. Kilka minut niepewnej ciszy… co to jest? Co to zamierza zrobić? Wiecie, może jestem panikara, ale jeśli ktoś nie spał na dziko pod namiotem to być może nie rozumie pewnych obaw. To nie jest takie hop siu, trzeba uwierzyć, że ten kawałek cienkiego materiału jest w stanie ochronić cię przed całym zewnętrznym złem gdziekolwiek jesteś i jakkolwiek daleko jest cywilizacja. Potem już z górki. Tej nocy tajemniczy nieznajomy zniknął i nie wrócił, jednak obudziły się inne stworzenia. Słyszałam jak leśne zwierzaki otoczyły mnie z trzech stron, wąchały, zaciekawione lekko drapały, a czasem odcisnął mi się czyjś pyszczek w tkaninie namiotu. Dzik? Lisek? Nie wiem, ale było łagodne. I w takim towarzystwie usnęłam, ciągle nasłuchując.

Najgorszy mój nocleg i tak był w Grecji… będzie i o nim. Był serio przerażający.


Zatopiony kościół Mavrovo

       Do Parku Narodowego Mavrovo przyjechałam w pogoni za kościołem pod wodą. Brzmi fajnie, prawda? Zatopiony, opuszczony budynek, który wyłania się nieśmiało znad jeziora. Tłumaczę kierowcy o co mi chodzi, a ten usilnie chcę mnie podrzucić do takiego nowego, świeżo wybudowanego kościoła, w pełni na lądzie. Upieram się jednak przy swoim. W końcu dochodzimy do porozumienia, wysiadam, patrzę, a rozczarowanie uderza mnie jak młot o stół. Woda wyschła. W dodatku budynek mocno podniszczał, w zasadzie jest to już ruina od dawien dawna, a zdjęcia w Internecie kłamią. Podchodzę bliżej. Skoro już tu jestem to się rozejrzę, wejdę do środka. Szybko przyznaję, że kościół trzyma klimat albo po prostu mam słabość do opuszczonych miejsc. Bujna roślinność, trawa i mech pokrywają stare cegły, niestety dach dawno się zawalił. Podejrzewam, że dziś kościół ten już nie istnieje…


piątek, 5 sierpnia 2016

Konsekwencja zmian, czyli wyższy poziom logiki

      Bloger też człowiek, prawda? Też ma swoje rozterki, dylematy, refleksje i tu mam na myśli te bardziej życiowe, niż podróżnicze. Idąc tym tropem i kurczowo trzymając się faktu, że lubię wylewać żale na białym elektronicznym szablonie w moim rozlatującym się laptopie, stwierdziłam, że jest to także dobra okazja byście mogli troszeczkę lepiej mnie poznać. Większość tego wpisu została napisana w 20 minut, w przypływie weny-rozkminiacza. Nigdy nic na tym blogu nie postało tak szybko. Ale to dobrze, bo dzięki temu bazowałam na emocjach przez co każde słowo jest w 100% szczere i wypływa prosto z serduszka.
      A chciałam przedstawić bardzo istotną sprawę. Coś co prawdopodobnie dotyka nie tylko mnie i nazywa się zachowawczość (inną, trochę śmieszną i wyszukaną nazwą może też być - Metatesjofobia). Wkraczamy więc w tematy dotyczące „zmian” i „decyzji”. A wszystkie to w inspirującej podróżniczej otoczce!

A teraz do sedna.
      Opowiem wam o sobie. Miałam całkiem ciekawą pracę w kancelarii. Najlepsza była atmosfera (tak, prawnicy to wcale nie są takie sztywniaki!) a z czasem nauczyłam się panującego tu poczucia humoru. Ponadto prezes organizował integracyjne wyjazdy, karnawały, mieliśmy osobistą strefę kibica na Euro 2016, a do każdego meczu piwa na koszt firmy. Jednak zbliżały się wakacje, za oknem rosła temperatura, a w mojej głowie nagromadziło się sporo dylematów. Rzucić pracę? Nie, to niepoważne, przecież jak zostanę bez pracy to nie utrzymam mieszkania. Jak nie utrzymam mieszkania i zostanę bez pracy, to nie mam do czego w zasadzie wracać. Zaraz zaraz, urlop! A nie, to niemożliwe, by dostać dwa miesiące płatnych wakacji. Mówią, że można to wszystko połączyć, pójść z myślami na kompromis. No można, na przykład wyjechać na kilka dni za granicę, szybko oblecieć podstawowe atrakcje i wracać. Hmm.. dobra opcja, ale za 20 lat, teraz jestem jeszcze młoda i zdeterminowana! Należą mi się przecież wakacje, takie prawdziwe, jak w liceum, prawda? No, a przynajmniej ja bardzo chcę by mi się należały, mimo, że szkołę średnią skończyłam lata temu. Paradoks polega na tym, że aby znów poczuć dziecinną beztroskę najpierw należy podjąć kilka konkretnych i całkiem dorosłych decyzji. W końcu bez ingerencji nic specjalnego w naszym życiu się nie wydarzy. Brzmi logicznie, prawda?
Z bólem serca kilka dni później złożyłam wypowiedzenie.


      Na tę decyzję nałożyło się kilka innych czynników, to nie był zwykły impuls. Jednak najważniejsze jest to, że mam w planach podróż, jak co roku. Nie pozwolę odebrać sobie tej słodkiej przyjemności pakowania plecaka na miesięczną podróż, bo nie, nie jadę na pół roku na drugi koniec świata. Na to przyjdzie jeszcze czas. Po wielu namysłach i obliczeniu jak zwykle skromnego budżetu - postanowione! Jadę do Rumunii, pięknej i dzikiej. Czy jest coś lepszego niż rozbijanie namiotu przy wodospadzie, bieganie po wulkanach błotnych oraz jedzenie domowych obiadów z obcymi ludźmi, którzy chwilę temu zabrali cię z pobocza? W końcu jeżdżąc autostopem nigdy nie wiesz jak skończy się dzień i co będzie dane ci przeżyć.

      Nic jednak nie dzieje się od zwykłego pstryknięcia palcami. Tak wiem, znów nie odkryłam Ameryki, jednak dostrzegłam w tym pewną prostotę. Ludźmi manipuluje strach. Stach przed zmianą. Nie zostawię tej pracy, bo lepszej nie znajdę. Nie przeprowadzę się do innego miasta, bo nie dam sobie rady. Nie wyjadę na wymarzone wakacje, bo nie poradzę sobie finansowo. Trochę wiary! Wiem, że łatwiej jest zostać przy tym co już znane i bezpieczne, ale wtedy strasznie wieje nudą! Monotonią. I można się w niej tak zatracić, że przestajemy zauważać masę możliwości jakie ma do zaoferowania nam świat. A ma bardzo wiele, od podróży autostopem, skoku ze spadochronem, jedzenia gotowanych ślimaków na patyku, po próbę odnalezienia się w innym otoczeniu i zmienę pracy do momentu aż zacznie cię w pełni satysfakcjonować. Sprawa komplikuje się jednak jeszcze bardziej, gdy dwie istotne życiowe kwestie nakładają się i jedna jest zależna od drugiej. Nie wyjadę, bo mam pracę, nie przeprowadzę się, bo mam studia, nie zjem obiadu bo zupa była za słona. Prawda jest taka, że zawsze zdecydujemy się na opcję bezpieczniejszą, eliminujemy niepowstałe jeszcze niebezpieczeństwo, a ryzyko traktujemy jak wroga numer jeden, co jest oczywiście w pełni zrozumiałe. Z czasem zdobywamy kilka wartościowych papierów, lata stażu i system praca-dom-praca. Żyjemy na poziomie, a poranna zmiana dotychczasowej drogi do biura jest naszym największym urozmaiceniem. Przesadzam? Pewnie tak, bo nie da się mieć w życiu wszystkiego. Ja to wiem i wy to wiedzie. Sama przecież chcę skończyć studia i mieć dobrą pracę, jednak moim największym wyzwaniem jest połączyć takie życie z pasją. Nie jest to łatwe, bo przecież chcę zwiedzać świat.



Gdy to teraz czytasz, ja prawdopodobnie stoję na poboczu i łapię stopa. Może dojeżdżam już do granicy węgierskiej, a może właśnie rozbijam namiot pośrodku niczego. Możliwości jest dużo, bo zostawiłam wszystko i wyszłam na spotkanie z południową Europą i cholernie cieszę się, że właśnie na to się zdecydowałam.

      Co będzie po powrocie? Na pewno wielkie zamieszanie. Szukanie nowej pracy, załatwianie studiów, przeglądanie masy ogłoszeń oferujących wynajem mieszkań. Wszystko na raz! Jednak czuję, że może wyjść z tego coś fajnego, a już na pewno coś nowego. Człowiek potrzebuje zmian. Wraz z miejscem, w którym żyjemy zmienia się sposób myślenia, otwierają się nowe możliwości. Ja takiej dużej zmiany zapragnęłam pod koniec ubiegłego roku. Mieszkałam w Łodzi, ukończyłam tam studia pierwszego stopnia, nie musiałam martwic się opłatami, miałam dach nad głową. Niby wszystko w najlepszym porządku. Poszłam więc na studia magisterskie i szybko poczułam, że nie ma to większego sensu, bo nie zajmuje się do końca tym co sprawia mi radość. Mówią, że to tylko papier, jednak w trakcie zdobywania go nie czuję żadnej motywacji. Przez wszystkie swoje lata mieszkałam w jednym i tym samym miejscu, cały czas te same twarze, na osiedlu znają mnie wszystkie panie z warzywniaków, a dozorca mówi mi „cześć”. Czułam, że stoję w miejscu. Podczas podróży znajduję się niemal codziennie w innym otoczeniu. Gdy jestem w obcym mieście nie czuje strachu, że wszystko wkoło jest całkiem nowe, nieznane i w zasadzie to nie wiem co ja tu robię. W zamian jest ekscytacja i ciekawość. Może akurat w tym szarym miasteczku w Armenii czy serbskiej wsi spotka mnie coś dobrego, coś wyjątkowego. Takie myślenie zaczęło towarzyszyć mi także w życiu codziennym, w Polsce. Efekt? Rzuciłam studia, zostawiłam wszystko i na ślepo wyjechałam do Wrocławia. Nie, nie za studiami, tylko w potrzebie zmian. Chciałam się sprawdzić. I każdemu kto mnie zapyta „no i jak?” odpowiem, że była to bardzo dobra decyzja, zaryzykowałam wygodę jaką miałam w rodzinnym mieście, zrobiłam sobie przerwę w nauce, ale w zamian dostałam coś ważnego. Swobodę, nowy start, urozmaicenie.

Przeprowadzka nie jest niczym szalonym
...ale jest zmianą, a mnie o te zmiany właśnie chodzi. Nie jesteśmy przygwożdżeni do jednego miejsca czy jednej strefy czasowej. Możemy żyć gdzie tylko mamy ochotę, a nie ograniczać się do sztywnych norm jakie narzuca nam strach. Takie nastawienie znacznie ułatwia codzienne funkcjonowanie, ale także zbliża nas do podjęcia kroku w przód, na przykład takiego o pierwszej podróży. Podróży bez biura, z własnym dobytkiem na plecach, z otwartością na zmiany jakie będą miały miejsce po powrocie. Nie chcę sugerować, że taki cykl ma się zapętlać w kółko i przez wakacyjny wyjazd mamy być rozstrojeni przez resztę roku, bez poczucia stabilizacji. Ona też wbrew pozorom jest potrzebna, bo zmiany powinny zachodzić systematycznie, co nie oznacza, że codziennie.

Coprights @ 2016, By Atlas Perspektyw Designed By Templateism |